Dział O JURZE - Świat legend - Podania lokalne

Już w samej nazwie podania lokalnego kryje się, według prof. D. Simonides, pewna nielogiczność, polegająca na tym, że wiele z podań lokalnych można jednocześnie zaliczyć do podań historycznych czy nawet wierzeniowych. Jednak zazwyczaj podania lok. zawierają znacznie więcej elementów fantastycznych niż podania historyczne.
Do podań lokalnych zalicza się te, które związane są z jakimś konkretnym miejscem w terenie, najczęściej o charakterze etiologicznym, wyjaśniającym powstanie nazw wsi, miast, wzgórz, rzek, jezior, źródeł, skał i innych elementów środowiska naturalnego. Równie liczną grupę podań lokalnych stanowią przekazy mówiące o zaginionych skarbach, zatopionych dzwonach czy o wydarzeniach lokalnych, stanowiących jakąś mikrohistorię wsi czy środowiska opowiadającego.


Skrzypkowa Skała (Morsko)
[Zinkow J., Krakowskie i jurajskie podania, legendy, zwyczaje, wyd. II, Kraków 1994]
[wg O. Kolberga, Lud..., 1886 r]

Skrzypkowa Skała, Morsko
Okolice Skał Podlesickich i Skał Dupickich w pobliżu Morska, to na ogół skalne, piaszczyste lub leśne pustkowia.
Z rzadka ujrzeć tam można wsie, osady, czy nawet pojedyncze domostwa. Jeszcze rzadziej pojawiają się ludzie. Dopiero późnymi wieczorami, o samym zmierzchu, do niedawna ożywiało się zachodnie podnóże Skał Podlesickich. A działo się to za przyczyną Skrzypkowej skały, na podobieństwo piramidy wznoszącej się wśród otaczającego ją lasu.
Tuż przed zapadnięciem nocy, na trudno dostępnym wierzchołku Skrzypkowej Skały zjawiał się skrzypek w czerwonym ubraniu i rozpoczynał upojne granie. W krótkim czasie tłum ludzi zapełniał podnóże skały. Dokąd tylko docierała smętna melodia skrzypiec, a niosła się ona na kilka kilometrów wokoło, każdy odrywał się od wykonywanych w danej chwili zajęć, przerywał nawet modlitwę i biegł co sił pod Skrzypkową Skałę. I wszyscy tańczyli, tańczyli wśród drzew, tańczyli do utraty tchu, tańczyli bez opamiętania aż do białego rana. Dopiero wówczas tajemniczy skrzypek rozpływał się w powietrzu bez śladu.
Każdy z tańczących wiedział, że był to diabeł, wcielony w postać skrzypka, ale mimo to, kto usłyszał jego muzykę, nie mógł się jej w żaden sposób oprzeć. Bo diabłu właśnie o to chodziło, aby ludzi odrywać od wieczornych pacierzy i zmuszać do hulanki. Zdobywał w ten sposób dla piekieł nowe dusze ludzkie.

Miłość i zbrodnia (Bobolice i Mirów)
[Zinkow J., Krakowskie i jurajskie podania, legendy, zwyczaje, wyd. II, Kraków 1994]
[wg Z. Simona, Warownie i zamki ...]

Zamek Mirów
Na niewielki balkonik, niby jaskółcze gniazdo przylepiony do baszty bobolickiego zamku, wychodzi zwiewna kobieca postać, jakby spowita w białe prześcieradło. Wdzięcznym ruchem unosi rękę w kierunku zamku w Mirowie i powiewa ku niemu białą chusteczką. W ślad za tym z wieży bliźniaczego zamku ulatuje ciemna postać młodzieńca i cichym lotem płynie ku Białej Damie bobolickiej.
Kiedyś, a było to bardzo dawno temu, kiedy jeszcze zamki w Mirowie i Bobolicach były całe i potężne, mieszkało w nich dwóch braci. Jak bliźniacze nieledwie były te zamki, tak podobni do siebie byli dwaj bracia ; tylko najbliżsi przyjaciele wzajemnie ich odróżniali.
Ojciec na łożu śmierci dla każdego z synów przeznaczył osobny zamek i przykazał im żyć we wzajemnej zgodzie i przyjaźni. Oni też ściśle przestrzegali ostatniej woli ojca. Kochali się jak przysłowiowi bracia, przebaczali sobie wzajemne winy, codziennie odwiedzali się, to w jednym to w drugim zamku, wyprawiali uczty, na które zapraszali wielu gości. Często też organizowali wspólne polowania i niezależnie od tego, ile każdy z nich zdołał ubić zwierzyny, mięso zdobyczy dzielili na dwie równe części.
Wyjeżdżali razem na wyprawy wojenne, ba! zdarzało się, że pod dowództwem samego króla się odznaczali. Z wojen wracali wozami, wyładowanymi bogatymi łupami. Aby mieć gdzie składać swe przeogromne bogactwa, przekopali obszerne, podziemne przejście, które połączyło piwnice obu zamków skalistym grzbietem góry. Wielkie, dębowe beczki pękały, a długie, drewniane koryta, rozrywały się pod naporem złota, diamentów i innych drogich kamieni. Oczy ślepły od ich blasku, choćbyś tylko nikły kaganek przy nich zaświecił.
Wokół braci nie było takiego, który by płakał, wszystkim żyło się dobrze i dostatnio, a gdy panowie na dłużej wyjeżdżali, cała służba żegnała ich z żalem. Raz, zdarzyło się, że pan na Bobolicach sam musiał wyjechać na wojenną potrzebę. Powiadają, że walczył nawet z Tatarami, gdzieś daleko w ruskich krajach. W oczekiwaniu na powrót ukochanego brata, pan na Mirowie odmawiał sobie nawet uczt, polowań i innych przyjemności tego życia. Wraz z nim coraz bardziej smutniała i służba.
Trwało to rok, może dwa. Aż kiedyś przed zamek niespodziewanie zajechał liczny orszak, wtoczył się sznur wyładowanych wozów, a prowadził ich rycerz bobolicki. Radość zapanowała w całym zamku. Na spotkanie wybiegł również brat z Mirowa. Z powozu wysiadła branka, cud-urody księżniczka. Jasne włosy otaczały aureolą piękne oblicze, a na kogo spojrzały jej modre oczy, ten musiał ulec ich czarowi. Tak też stało się i z bratem zdobywcy branki. Ale nie dał od razu poznać tego po sobie. Dopiero kiedy, zgodnie ze zwyczajem, przystąpiono do podziału łupów po połowie, upomniał się o brankę. Ale jak ją podzielić? Rzucili więc o nią losy. Szczęście uśmiechnęło się do zdobywcy branki. Została więc żoną dziedzica z Bobolic.
Drzazga zazdrości mocno utkwiła w sercu pana na Mirowie. Trzeba jednak przyznać, że i on podobał się brance bardziej niż własny mąż, którego przecież nie pojęła z własnego, nieprzymuszonego wyboru. Już nie oczekiwał on, tak jak dawniej, niecierpliwie, swego brata na zamku w Mirowie, wręcz przeciwnie - wypatrywał chwili, kiedy tamten opuszczał swój zamek. Teraz już każdy z osobna udawał się na łowy. Coraz częściej stronili od siebie.
Coraz też częściej, gdy męża w Bobolicach nie było, schodziła jego żona do piwnic, a stąd do lochu, wiodącego w kierunku Mirowa. Równocześnie z naprzeciwka podążał jej kochanek. Wśród kufrów złota, diamentów i brylantów, których wszakże nie zauważali pochłonięci sobą, odbywali swe schadzki.
Nie mogło tak trwać zbyt długo. Zdradzany małżonek ślepy przecież ani głuchy nie był. Nie mogło więc ujść jego uwagi i to, że brat unikał z nim spotkań. Pewnego dnia zebrał grupę dworzan i wyruszył na kilkumiesięczną wyprawę. Był to jednak podstęp z jego strony. Już trzeciego dnia, a raczej trzeciej nocy, powrócił do zamku niespodziewanie. Sypialnię żony zastał pustą! Wiedziony złymi przeczuciami, z obnażonym mieczem - jak wicher pomknął do piwnic zamkowych, a z nich do lochu, pragnąc tamtędy dotrzeć do zamku w Mirowie, gdzie spodziewał się zastać kochanków na gorącym uczynku. Los zdarzył jednak, że przydybał ich już wcześniej, w samym lochu, splecionych w miłosnym uścisku.
Szał zazdrości ogarnął zdradzanego męża, bielmo wściekłości przesłoniło mu wzrok. Podniósł miecz i jednym cięciem pozbawił życia rodzonego brata. Nie odważył się jednak podnieść zbrodniczej ręki na niewierną żonę. Przywołał więc swą służbę i kazał ją żywcem zamurować w lochu, w którym wkrótce potem z głodu skonała.
Podanie zamilcza, co stało się ze zbrodniarzem. Tylko niektórzy ze współczesnych już bajarzy, nie mogąc pogodzić się z brakiem kary za winę w podaniu, twierdzą, że słysząc jęki konającej żony, przebił on nożem swe serce. Inni znowu opowiadają, że chcąc zagłuszyć wyrzuty sumienia, urządzał huczne zabawy i uczty, aż podczas jednej z nich został rażony piorunem i skonał w wielkich męczarniach. Jeszcze inni mówią, że dla ekspiacji czynił pokutę, świadczył dobre uczynki i oddawał się modlitwom. Albo że żona jego nigdy nie umarła, lecz na skutek głodu i samotności w wieży, dostała obłędu i do tej pory przebywa w zamurowanym lochu, a tylko nocami wyzwala się jej duch i pokazuje na "jaskółczym gnieździe" bobolickiego zamku.

Diabeł z workiem piasku - jak doszło do powstania Pustyni Błędowskiej
[Orłoń Marian, Tyszkiewicz Jan, Legendy i podania polskie, Warszawa 1986]

Pustynia Błędowska
Nie wiadomo dokładnie, gdzie znajduje się piekło, ale zapewne jakieś diabelskie siedlisko znajdowało się w okolicach Olkusza. Było to przed wiekami, wówczas gdy w tych stronach powstawały pierwsze kopalnie ołowiu i srebra. Właśnie te kopalnie stały się powodem wielkiej, czarciej narady, która gdzieś tam głęboko pod ziemią się odbyła.
- To zuchwałość ze strony ludzi, że ośmielają się nas niepokoić - wykrzykiwał najznaczniejszy z diabłów, szarpiąc nerwowo kozią bródkę.
- Nawet zdrzemnąć się po obiedzie nie można, bo ciągle jakieś hałasy, jakieś stuki-puki, turkoty... Ciągle kopią, czegoś szukają, jak im w tym nie przeszkodzimy, to do samego piekła dotrą!
- Nie daj, Boże! - wyrwało się najmłodszemu z czartów, ale na szczęście to pobożne życzenie zginęło w ogólnym rozgardiaszu i nikt nie zwrócił na nie uwagi. Inaczej nie uszłoby mu to na sucho, a raczej na zimno.
- Trzeba ich stamtąd przepędzić i pouczyć, że co ziemskie to ziemskie, a co piekielne to piekielne - rzekł odkrywczo diabeł, mający minę mędrca i mocno wyliniały ogon.
- Ale jak to zrobić? - zastanawiali się mocno zafrasowani czarci.
- Mam pomysł - odezwał się wreszcie najsprytniejszy z diabłów.
- Trzeba po prostu zasypać dziury, które ci zuchwalcy wykopali, zniszczyć ich pracę i będziemy mieli wieczny spokój.
- Zasypać! - wzruszyły ramionami diabły.
- Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. Diabeł może wiele, ale nie wszystko. Który z nas się tego podejmie?
- Ja! - rzekł jeden z młodszych poddanych Belzebuba.
Stare, doświadczone diabły spojrzały na niego z politowaniem. "My łamiemy sobie nad tym rogi - zdawały się mówić ich spojrzenia - a ty wiesz, jak to uczynić?"
- Ja to zrobię! - powtórzył młodszy diabeł z uporem i wyjaśnił, jak zamierza tego dokonać. - Daleko stąd - mówił - nad morzem nieprzebrane piaski leżą. Wystarczy tam polecieć z ogromnym workiem, piaskiem go napełnić i tym piaskiem dziury zasypać.
Stare, doświadczone czarty nie kryły uznania.
- A więc leć, kamracie, nad to morze - rzekły - a worek weź olbrzymi, byś za jednym razem parę dziur zasypał.
- Już się robi! - zapalił się diabeł, w worek piekielnie wielki się zaopatrzył i nad morze wyruszył.
Zjawił się na nadmorskiej plaży o północy, gdy tyko plusk fal ciszę zakłócał, a księżyc nieśmiało ciemności rozjaśniał i począł worek sypkim piaskiem napełniać. Gdy już był pełen, zarzucił go sobie na plecy i odbiwszy się czartowską mocą od ziemi, z powrotem do Olkusza poszybował.
Nie dotarł jednak do celu. Może na skutek nieostrożności, a może z powodu zadziałania innych mocy, diabeł o wieżę kościoła pod Olkuszem zahaczył i piasek niesiony w worku wysypał się na okoliczne pola.
I tak właśnie powstała Pustynia Błędowska, do dziś świadcząca o diabelskiej wyprawie nad Bałtyk. Z kopalni olkuskich zaś przez długie jeszcze lata wydobywano ołów i srebro, czemu wcale nie przeszkadzało zgrzytania czartowskich zębów.

O złych zbójcach i sprawiedliwym diable (Suliszowice)
[J. Zinkow, Podania i legendy Szlaku Jurajskiego, Częstochowa 1983.]

Mogło to być w XV, ale nie później, bowiem w XVI wieku warownia ta znajdowała się już w gruzach. Była to strażnica królewska, wysunięta daleko ku śląskiej granicy przed inne jurajskie "orle gniazda", aby zawczasu ostrzegała przed niespodziewanym z tej strony najazdem wroga. Dowódcą strażnicy król ustanowił doświadczonego i wiernego mu - jak się spodziewał - rycerza.
Przedwczesne to jednak było zaufanie. Dowódca strażnicy i jego podwładni rychło bardziej zasmakowali w zbójeckim, niźli w rycerskim rzemiośle. Napadali na bogatych podróżnych i kupców, a łupy znosili do zamku, gdzie sprawiedliwie dzielili je między siebie. Ofiary próbowały się, oczywiście, bronić, ale ginęły w nierównej walce. Ani król, ani starosta olsztyński nie podejrzewali, że sprawcą tych łupiestwa była załoga wojskowa z Suliszowic.
Pewnego razu rzezimieszkom nadarzyła się wyjątkowa wprost okazja. Zbójecki zwiad doniósł bowiem swemu hersztowi, że o pół drogi od Suliszowic wolno posuwa się kareta jakiegoś bardzo możnego pana, otoczona niewielkim stosunkowo pocztem dworzan. Zawrzało wśród zbójców! Okazja była zbyt nęcąca, aby z niej nie skorzystać. Nie minął dzień, a zbójcy wrócili do strażnicy, obładowani bogatym łupem. Ponieważ poszkodowany był nie tylko bogatym, ale również ważnym i wpływowym panem, sprawa rychło doszła do wiadomości samego króla, który nakazał dowódcy strażnicy wykryć i ukarać sprawców. Ten ujął kilku włościan z pobliskiej wsi, zakuł ich w kajdany i umieścił w lochach zamkowych. Sędziami wyznaczył swoich podwładnych. Pod wpływem wymyślnych tortur, zadawanych oskarżonym przez kilka dni, wieśniacy "przyznali" się do rozbojów.
Kiedy "sąd" miał zebrać się na naradę, aby wydać ostateczny wyrok, do zamku przybył jakiś wytwornie ubrany, bogaty szlachcic. Ucieszony z tego szczęśliwego przypadku dowódca, a zarazem przewodniczący "kompletu sędziowskiego", poprosił go, aby wziął udział w wydaniu werdyktu. Wprowadzono do izby nieszczęsnych oskarżonych, obitych, pokrwawionych, ledwo trzymających się na nogach. Przewodniczący "sądu" odczytał akt oskarżenia oraz protokół z przebiegu śledztwa, z którego jasno wynikała wina oskarżonych. Ponadto przyznali się oni jakoby do wszystkich napadów i łupiestw, które dotąd miały miejsce w okolicach Suliszowic.
- Skazać na karę śmierci ! - brzmiało orzeczenie "sądu".
Wtem zamarli "sędziowie" w nagłym bezruchu, zadziwieni zachowaniem się gościa. Ten bowiem powstał, oczy mu się zaiskrzyły, twarz spurpurowiała i stała się nieomal czarna, a postać wyolbrzymiała. W końcu zdumionym "sędziom" oświadczył on:
- Jam jest owym panem, którego iście niespodziewanie napadli i obrabowali!
To mówiąc, zrzucił z siebie szaty. Oczom wszystkich ukazał się diabeł we własnej osobie. Bo w rzeczywistości był to nie pan, za którego się przedstawił, ale szatan, którego nawet diabelskie sumienie poruszyła tak jaskrawa niesprawiedliwość i krzywda niewinnych chłopów. Diabeł nakazał zbójcom natychmiast uwolnić więźniów. Kiedy tak się stało, z wyroku sądu diabelskiego skała zatrzęsła się gwałtownie, zamek zapadł się w gruzy, kryjąc pod nimi wszystkich zbójców

O Potok złoty !
[J. Zinkow, Podania i legendy Szlaku Jurajskiego, Częstochowa 1983.]

Wiercica koło Złotego Potoku
Upał był nie do wytrzymania, wody wszędzie brakowało. Wokół rozciągały się skaliste pustocie, skały i piaski, nigdzie nie można było napotkać żadnego, najmniejszego nawet źródełka, nie mówiąc już o strumieniu czy rzece.
Trwało skwarne popołudnie. Drużyna rycerzy, która właśnie tędy przejeżdżała, słaniała się na nogach z pragnienia, konie odmawiały posłuszeństwa. Cały posiadany zapas wody rycerze wypili już wieczorem poprzedniego dnia, bo był on równie jak dzisiejszy upalny.
Kiedy już wieczór się zbliżał, jadący, a raczej wlokący się na czele drużyny rycerz nagle zatrzymał się i po chwili krzyknął z ogromną radością w głosie "O potok złoty!" Cała reszta podbiegła szybko i wszyscy zanurzyli spragnione usta w życiodajnej wodzie.

Był to potok Wiercica, a osada, która tutaj wkrótce powstała, na tę pamiątkę miała otrzymać nazwę Złoty Potok.
Z wyjątkiem nielicznych fragmentów gdzie podaję autora, wszystkie teksty, zdjęcia, kod i layout na stronach www.jurapolska.com, www.jurapolska.pl, www.kajakiempopilicy.pl są mojego autorstwa i wykorzystanie ich na jakimkolwiek polu możliwe jest tylko i wyłącznie po uzyskaniu pisemnej zgody.

JuraPolska.com - z nami poznasz Jurę


2001-2018 © Michał Demel
tel. 692 47 58 25 lub 602 29 58 24
JuraPolska.com & KajakiemPoPilicy.pl