Dział O JURZE - Świat legend - Podania wierzeniowe

Według prof. D. Simonides proces powstawania podań wierzeniowych przebiega podobnie jak i opowieści wspomnieniowej, ale tak naprawdę żadna nowa indywidualna relacja z własnego przeżycia irracjonalnego nie jest - na tle dotychczasowej tradycji - czymś nowym. Powstała ona bowiem w oparciu o społeczne wyobrażenie o otaczającym świecie, a nowe fakty reprezentuje zgodnie z regułami myślenia obowiązującymi w danej społeczności. Jeśli zatem narrator spotkał o godzinie dwunastej w nocy ducha, to tylko dlatego, że o żadnej innej porze takie spotkanie nie byłoby możliwe. Wszelkie naturalne zjawiska przyrody, np. zawodzenie wiatru, przed i po tej godzinie nie otrzymają nigdy podobnej interpretacji. Wyobraźnia podsuwa tu każdemu człowiekowi gotowe, ukształtowane przez tradycję wiadomości o demonach, o skutkach spotkania z nimi i o ich atrybutach.
W podaniu wierzeniowym szczególnie wyraźnie widoczna jest specyfika zbiorowej twórczości artystycznej. Zależność narratora od tradycyjnego sposobu przekazu treści jest tu tak silna, że obejmuje właściwie wszystkie warstwy utworu (tematyka, kompozycja, środki wyrazu, obraz narratora itp.). Nie można więc uznać owych jednostkowych relacji z przygód irracjonalnych za relacje indywidualne czy własna przeżycia narratora.
Podania wierzeniowe przez całe wieki opierały się na ustnym przekazie. Szacunek dla tradycji, uznanie dla autorytetu ludzi starszych, dla ich doświadczenia doprowadziło do przyjmowania spuścizny ojców bez najmniejszego powątpiewania. Wynikało to najczęściej z powszechnego w danej społeczności przeświadczenia, iż odmienny punkt widzenia, inny sposób interpretowania tradycji jest niemożliwy. Obowiązujące od lat normy zachowania, wartościowania tego, co powiedzieli starsi, były nie tylko przekonywające, ale stanowiły zarazem przeszkodę dla wszelkich innych sposobów przyjmowania i traktowania wierzeń. Jeśli przypadkiem znalazła się w danej społeczności jednostka myśląca inaczej niż większość, nie ujawniała tego zazwyczaj, pozostawiając jako swoje własne, prywatne zdanie.


Jak Matka Boska Częstochowska swój klasztor ocaliła ...
[J.SZCZYPKA, Legendy polskie, Warszawa 1983]

Jak Matka Boska Częstochowska swój klasztor ocaliła, z nagła budząc śpiącego mniszka, by złe świece gasił".
Czasu owego, gdy Szwedy narobiły Polsce biedy ( jak mówiono ), dotarła ich nawała pod Jasną Górą i wielkim tam groziła spustoszeniem. Choć szelmy dostawały tęgi respons z armat, które obronę z wałów czyniły, to przecie zdawało się, iż już wnet wejdą do klasztoru i nieuszanowaniem świętego miejsca się pocieszą. Jakoż więc zdziwił się sławny przeor Kordecki, gdy mu doniesiono, iż szwedowy jenerał dwie świece chce przysłać, by te, w hołdzie ad perpetuam rei memoriam złożone, przed Matki Boskiej obrazem swą powinnoś czyniły. Prawdziwa to najezdników pokora? Czy dar od wroga, acz by i pobożnie pomyślany, godzi się teraz przyjmować? I czy Matce Najświętszej miłe będą heretyckie wyroby, na których może ujuszona ręka ślad zostawiła? Długo czcigodny ojciec z myślami się spierał i konferencje z braćmi wszelakie urządzał, nie wiedząc jak postąpić, aż wreszcie, dusze pacierzami posiliwszy, zgodził się świece przyjąć. Miał nadzieję, iż Szwed przez to złego ducha w sobie okiełzna i rychło sam odejdzie do swoich zamorskich leży.
Świece, nader okazałe i przednim woskiem pachnące, przyniesiono.
Wódz szwedzki, śląc je przez umyślnych, ślicznymi słowy chwalił Jasnogórską Panią i prosił przeora o błogosławieństwo, a nadto życzenie to wyrażał, by obie świece wnet zapalono, gdyż nie co inszego, lecz najszlachetniejsze duszy jego afekty ( jak podawał ) dar tak skromny fundowały.
Czcigodny przeor Kordecki, słysząc one błagania i sumitacje, kazał świece zapalić.
Ale, że zegar już północek w refektarzu ogłaszał i w Matki Bożej kaplicy stawało się pusto, przeto polecił jednemu z paulińskich braci straż trzymać kościelną i płomyków doglądać, by czasem jakiego pożaru nie było.
Braciszek wszystko mówione czynił i chętnie też różaniec przesuwał, modłów nie szczędząc, ażeby pokój znowu ziemię nawiedził, a Rzeczpospolita, tak srodze dręczona, szczególniejszą protekcję od Maryi otrzymała. Był wszakże ów paulin strudzony różną wojenną niewygodą i późna pora już była, więc też poniemału Morfeusz bardzo go sponiewierał, do snu coraz lepszego przymuszając.
A gdy to się mu już całkiem udało i braciszek przymknął skwapliwie oczy, rzecz się stała niezwykła. Śpiący mnich ujrzał jasność z której wyłoniła się Ona o nader stroskanym i juści czarnym obliczu. Zląkł się. Nietrudno mu było wszak, jako paulinowi, rozpoznać Matkę Najświętszą, a przy tym skonfudował się i stracha dostał, iż pochrapując, przeorowe miernie spełnia rozkazy. Matka Boska jednak nie miała doń żadnego żalu i lekko się uśmiechnęła, rozespalca widząc, po czym znów smutek ją przejął i chusta z oną gwiazdką nad świętym czołem jakby zsunęła się niżej, a usta szepnęły nagle, że świece trzeba zgasić. Zgasić? Braciszek przetarł oczy i głową pociesznie wokół ruszył, by bieglejszego nabrać rozumu, a i się w ucho szczypnął, nie wiedząc, czy głos doń prawdziwie wchodzi. Lecz szept w kaplicznych murach brzmiał wyraźnie : zgasić.
Zerwał się brat śpioch z klęcznika. Począł gasić pierwszą świecę.
A wtedy ze zgrozą dostrzegł, iż pod palącym się knotem jest niejeden funt prochu, gwoli niepoznaki woskiem oblanego, i tylko czekać, jak ona machina piekielna wybuchnie. To samo cum summmo periculo druga świeca przechowywała, gdyż obie, nikczemny fortel stanowiąc, na zgubę Jasnej Góry wyznaczone przez Szweda zostały. O, przerażony braciszek już zgoła na tamtym świecie oglądał swą niewyspaną personę, a i do uszu jakby dobiegał rechot najeźdźczego wojactwa, zadowolonego ze swego fałszu.
Przecie na dobre wszystko wyszło.
Nie tylko na czas. zdążył brat ów pogasić zdradzieckie świeczydła, ale i tego się doczekał, iż zastęp polski, co klasztoru bronił, takich zapałów dostał, iż z paulińskim sukursem niebawem wroga het przegnał.

Jak się Janek z Bobolic na hazard z diabłem puścił
[M.D. Czubalowie, Podania i opowieści z Zagłębia Dąbrowskiego..., K-ce 1984]

W niedzielę z wieczora pod zamkiem pasł Janek na ciegnach konie. Naraz zahuczało, wiatr silny zawył z poświstem, a zdziwiony parobczak, ujrzał przed sobą szlachcica barczystego, któremu się oczy świeciły jak węgle rozżarzone na wietrze. Szlachcic ów miał na sobie bogatą "kontusicę", czapa czerwona kipiała mu na prawym uchu, a w ręku trzymał olbrzymią "skorbelachę", którą jak piórkiem wywijał.
Przeraził się parobek, oczy mu kołem stanęły, zapomniał języka w gębie, nogą i ręką ani rusz, bo wszystko w nim strasznie "skołczało". Gdy jednak szlachcic po ludzku pozdrowił, Janek ochłódł z pierwszego przestrachu i wnet schylił kapeluszem do ziemi.
Szlachcic wziął go za rękę i mówi : Chodź, w karty zagramy. Janek się wahał i wymawiał, lecz szlachetka brzękał pełną kiesą złota, a Janek się pokusił i wnet ze szlachcicem poszedł. Znów zahuczało, znów zaświstało i strasznie zawyło, a nasi uniesieni wichrem, znaleźli się naraz w sklepionej komnatce, gdzie zasiadłszy na beczkach pełnych wina, w karty grać zaczęli. W karty grają, a "ciarachów" strojnych jak mrowia naszło, ślipia świecą się im wszystkim, jak wilczkom w nocy. Grają, grają, wino piją z kielichów złocistych, szczęście Jankowi sprzyja, bo już był wygrał czapę złota, gdy szlachcic przyniósł drugą, wygrał i tę, wnet poszedł po trzecią i czwartą, a Janek zagarnia i zagarnia na kupę przed siebie.
Szczęście kołem się toczy, służyło więc i Jankowi dotąd, dopóki całkiem nie opuściło. Przegrał wygrane złoto, wreszcie postawił na kartę czapkę, buty, kapotę i to poszło do niego. Szlachetka winem częstuje a kusi, a namawia, nie masz złota, nie masz srebra, to duszę staw na kartę, a ja wór złota, wór korcowy kładę. Janek, acz mocno spity, jednak wciąż kręcił głową, że tego nie zrobi, a szlachcic kłania się, kłania i zaklina i prosi, lecz na próżno, bo Janek nie przystał.
Po czym zawiesił na haku uzdę i rzecze : Bujaj się, Jasiu, a będziesz bogaty, chciał bowiem, żeby się parobek obwiesił, i choć w taki sposób zatracił duszę. Lecz Janek, tęgo podcięty, usiłując powstać, runął na ziemię jak długi, a po chwili twardym snem zasnął.
Budzi się Janek nad ranem, patrzy w koło siebie, aż przetarłszy raz i drugi oczy, musiał w końcu uwierzyć, że leży pod zamkową basztą. Kapoty na nim nie było, czapkę i buty diabli wzięli, lecz duszy nie poradzili, bo poczciwa była. Po chwili Janek powstał, Bogu podziękował, że go diabeł nie skusił, a wreszcie przeżegnawszy się, poskoczył ku szkapom, które po ściegnach chrupotały trawę

Gra w karty z diabłem
[M.D. Czubalowie, Podania i opowieści z Zagłębia Dąbrowskiego..., K-ce 1984]

Koło zamku w Bobolicach pasł krowy pastuch. Nazywał się Bialik. Podszedł do niego jakiś mężczyzna i zaprowadził go do skarbów pod zamkiem. Pokazał mu pełną skrzynię złota. Wyszli na górę i zaczęli grać w karty o to złoto. Bialik wygrał czapkę pieniędzy.
- Gramy jeszcze?
- Gramy!
Bialik wygrał drugą czapkę pieniędzy. Grają dalej. Ugrał taką kupę złota, że do marynarki nie mógł zebrać. Ale chciał jeszcze więcej, tak te pieniądze go kusiły.
I nagle zaczął przegrywać. Przegrał wszystko. Wtedy ten mu mówi:
- Postaw duszę, ostatnia stawka na wszystko!
I Bialik się przestraszył. Stanął i przerwał grę.
Nie chciał postawić duszy, bo już widział, że gra z diabłem.

Czarny pies
[M.D. Czubalowie, Podania i opowieści z Zagłębia Dąbrowskiego..., K-ce 1984]

W mojej wsi (to jest Mokrus) jest kamieniołom.
Niemcy tam strzelali ludzi.
Po wojnie tam straszyło.
Wychodził pies, ciągnął za sobą bardzo ługi łańcuch i jęczał jak człowiek.
Bardzo wiele ludzi go widzialo.
To była dusza, która chciała wybawienia.
I wybudowli tam kapliczkę, pomodlili się i więcej ten pies się nie pokazał.

Diabeł z Pustelnicy
[J.Zinkow, Podania i legendy Szlaku Jurajskiego, Częstochowa 1983]

Sokole Góry - to jedno z najpiękniejszych na Wyżynie Krakowskiej gniazd wyniosłych i skalistych, ale zalesionych wzgórz, stanowiących wspaniałe tło dla Słonecznych Skałek w Olsztynie. Wśród lasu wznoszą się okazałe skałki, pokryte jaskiniami, grotami, przeprute szczelinami i rozpadlinami. Jak fama wokół niesie, gnieździ się w nich wielka liczba małych szatanków, na czele których stoi jeden duży diabeł. Ów pryncypał mieszka w najbardziej okazałej jaskini na Pustelnicy, a podległe mu diabełki w podrzędnych pieczarach.
Wszystkie diabły z Sokolich Gór są spokojne i nikomu żadnej krzywdy nie wyrządzają. W tym jednak rzecz, że nikt nie może tędy bezkarnie chodzić w jeden dzień w roku. W który to dzień? Nie wiadomo, gdyż diabły same go sobie wyznaczają. Wtedy główny diabeł zwołuje na Pustelnicę wszystkie małe szatanki i na dany sygnał cała ta zgraja z szumem, świstem, szczękiem, brzękiem, szaleńczo zbiega z Pustelnicy, a za nią huczy huragan. Skały nie skały, drzewa nie drzewa, chaszcze nie chaszcze - nie ma dla nich żadnej przeszkody. Dopiero u podnóża góry szatanki znikają gdzieś bez śladu i po chwili pokazują się znów na Pustelnicy, by ponownie wyczyniać podobne lub inne harce.
Kto wówczas znajdzie się na drodze ich biegów, na pewno zginie lub sam przemieni się w jednego z takich szatanków.
Z wyjątkiem nielicznych fragmentów gdzie podaję autora, wszystkie teksty, zdjęcia, kod i layout na stronach www.jurapolska.com, www.jurapolska.pl, www.kajakiempopilicy.pl są mojego autorstwa i wykorzystanie ich na jakimkolwiek polu możliwe jest tylko i wyłącznie po uzyskaniu pisemnej zgody.

JuraPolska.com - z nami poznasz Jurę


2001-2018 © Michał Demel
tel. 692 47 58 25 lub 602 29 58 24
JuraPolska.com & KajakiemPoPilicy.pl